O rybie (4)…droga życia

O rybie (4)…droga życia

Zacząłem historią Bożego Narodzenia, a kończę w Wielkim Tygodniu, czyli zgodnie z zegarem wiary:). Za nami bardzo udana pogodowo Palmowa Niedziela (a pogoda w NP ma znaczenie), gdzie na standardową obecność w kościołach, nakłada się jeszcze wizyta przedstawicieli mieszczańskiego katolicyzmu. Gdyby robiono badania frekwencji w tym dniu, procenty wyglądałby zdecydowanie lepiej...
*
Bo oto z palmami przybyli ci, którzy na co dzień starają się nie naprzykrzać Panu Bogu, a jeszcze lepszą frekwencję odnotujemy w Wielką Sobotę, bo o ile opłatek można kupić w markecie, to „święconka” rządzi się innymi prawami. Cytując klasyka : jesteśmy coraz bliżej prawdy, …prawdy o nas samych...

W poprzednich postach poświęconych naszemu odchodzeniu od Kościoła wspomniałem o dwóch nurtach polskiego katolicyzmu: ludowym i mieszczańskim. Ten pierwszy wielkim szacunkiem darzył zmarły ks. J. Kaczkowski, bo ta forma wiary/ religijności jest niemal niezmienna i opiera się erozji czasu – na ile jest głęboka i „swoja” nie mnie tu oceniać. Inaczej rzecz się ma z katolicyzmem mieszczańskim, który można zobrazować obrazkiem z wczoraj…Do kościoła przybyła pani razem z synem będącym uczniem pierwszych klas podstawówki. Po zajęciu miejsca w ławce, po chwili modlitwy, matka udała się o spowiedzi, a młody chłopak siedział cały czas …w czapce. I być może nie wiadomo jak długo by to trwało (a nikt z siedzących obok nie interweniował), ale na szczęście, kobieta wróciła do ławki przed czytaniem Ewangelii i wtedy czapka zniknęła z głowy młodzieńca. „Mieszczaństwo” zwłaszcza widać w sytuacjach takich jak: ślub, pogrzeb, chrzest, kiedy w kościele pojawiają się katolicy okazjonalni, którzy zwykli mówić o sobie wierzący , ale niepraktykujący, lub praktykujący trzy razy do roku.

Fundament
Fundament wiary, który niewątpliwie opiera się na katolicyzmie ludowym i przekazywany jest z pokolenia na pokolenie można porównać do fundamentu domu – pozostawiony sam sobie z czasem – jeśli nie zmurszeje, to zarośnie zielskiem i krzewami będąc jedynie dowodem na to, że kiedyś w tym miejscu miał stanąć dom. Zwykle jednak fundament uzyskuje izolację pozioma i pionową, i to pozwala na wnoszenie ścian, aby z czasem całość zamknąć dachem i uzupełnić stolarką otwory okienne i drzwiowe. Podobnie rzecz się ma z katolicyzmem, który albo ma status stanu surowego otwartego ( niewiele, albo prawie nic w nas nie zostało z wiary przodków), surowego zamkniętego ( z racji uroczystości i tradycji odwiedzamy kościół) i domu wykończonego i zamieszkałego – wiemy po co i dlaczego trwamy przy wierze naszych dziadków i rodziców, starając się przekazać wiarę kolejnemu pokoleniu.

Czas w ukryciu
To lata, które poświęcamy głównie na pracę, pieluchy i takie trwanie jakby na standby’u. Nie zrywamy łączności z Kościołem, ale też się za bardzo nie angażujemy i nie dociekamy na ile to, co słyszymy w świątyniach ma wpływ na nasze życie. Fajnie, jeśli w ten czas wchodzimy z izolacją poziomą i pionową. – W pamięci mamy ludzi i grupy, które w okresie szkoły i studiów pomagały nam ten fundament pielęgnować, aby potem móc dalej budować i to nie tylko nasz dom.

Ale przecież siła organizacji słabnie – tak jak nie ma już tylu harcerzy, tak nie ma już tylu „oazowiczów”, więc i tak większość z nas trwa sama. Trochę to przypomina życie Jezusa w ukryciu, który przez pierwsze 30 lat jakoś żył, coś tam robił i dopiero już jako dorosły mężczyzna dokonał za sprawą Jana Chrzciciela coming out’u.

Trwać, zmienić czy odejść - chrześcijaństwo nieprzepracowane...
Problem pojawia się w momencie gdy już wyrośniecie z tych pieluch, czegoś się tam dorobicie, czegoś doświadczycie i do waszego życia zakradnie się rutyna. Codzienne życie wypełnią przyzwyczajenia, rytuały i tradycja. Ot, raz w tygodniu msza – ciągle to samo, tak samo nudna, na którą trzeba poświęcić 60 minut netto ( dojazdy i dojścia/powroty składają się na minuty brutto). Wówczas rodzi się żądanie typu: „daję dychę, a ty do mnie przemawiaj”. A z tym przemawianiem i głoszeniem kazań nie jest najlepiej. Kto wie - może nic się nie zmieniło od lat 80 –tych ub. wieku, gdy autor wspomnianej wcześniej książki „ABC Chrześcijaństwa” zauważył, że 80 % głoszonych homilii w Polsce nie ma nic wspólnego z Ewangelią? A jeśli tak jest w istocie to erozja twojej wiary będzie postępować. Tym bardziej, że …

„Niby mówi się: „Ewangelia, Ewangelia - Dobra Nowina”. No, kochany, pokaż mi, co jest dobrego w tej Ewangelii, którą przepowiadasz. Ty mi tylko mówisz, co mam robić. To jest uciążliwa nowina. Większość ludzi ma takie właśnie doświadczenie. Chrześcijaństwo staje się taką furą przykazań do zachowania, takim ciężkim wozem do ciągnięcia. Bóg mi podobno w tym pomaga, ale ja przecież czuję, że ta pomoc jest słaba, że nie rozwiązuje moich życiowych problemów. Nie wyprowadza mnie z grzechów, bo przecież na nowo w nie wpadam. Coś tu nie gra…” /ks. A. Cholewiński „ABC…”/.

A co w sytuacji, gdy słyszysz nie jedno, a trzy kazania w ciągu jednej mszy? A co jeśli stół Słowa zamienił się w mównicę jednej opcji politycznej? Możesz wtedy spać, myśleć o niebieskich migdałach, składać reklamacje w zakrystii, „dać na buty” i się już nie pokazywać, albo… poszukać innego kościoła. Churching ma swoje zalety i wady – jako praktyk powiem, że ma więcej zalet niż wad, a już na pewno ma tę podstawową zaletę – wzrastam, a nie wegetuję w wierze, nie denerwuję się, a bywa ,że komentarz do usłyszanych treści pojawia się w trakcie niedzielnego obiadu. Ale to prawda, że możesz mieć kłopot z tym, czy innym „papierem”, że musisz nie „wyjść” do kościoła, ale „wyjechać” wcześniej i później wrócisz, że jako „przyszywany” parafianin nigdy nie będziesz do końca swój…

„Martwimy się, że nie możemy już wierzyć w to, co wierzyli nasi ojcowie. Nie trzeba się tym martwić lecz postarać się o ustanowienie w sobie takiej wiary, jaką moglibyśmy wyznawać w sposób równie zdecydowany, jak nasi ojcowie wyznawali swoją” (Martineau) – „Droga życia”/ Lew Tołstoj.

Martwimy się, czy zwykle jest nam wszystko jedno?
W innym miejscu Tołstoj wspomina o dziecinnym ubraniu, w którym chcielibyśmy chodzić przez całe życie, a to przecież niemożliwe, a tak jest z wiarą z dzieciństwa i młodości. Tołstoj, ten geniusz literacki, skończył pisać „ Drogę życia” na kilka miesięcy przed śmiercią i uznał tę książkę, za najważniejsze dzieło swojego życia dochodząc do wniosku, że „Wojna i Pokój” i „Anna Karenina” były …jedynie mało znaczącymi powieściami. W nagrodę za zebranie myśli swoich i cudzych w jeden zbiór ( a ponieważ w 1910 roku nie było jeszcze internetu, to była to iście benedyktyńska robota), został… wykluczony z grona wyznawców Cerkwi rosyjskiej, a więc powinien być sprzymierzeńcem opuszczających rzeszę wiernych.
I tak, i nie – bo jeśli tak, to Tołstoj wskazuje na konieczność samodzielnego poszukiwania Boga w sobie, kładzie nacisk na wysiłek ciągłego rozwoju tego, co nie umiera nigdy - ducha/ duszy/ pierwiastka nieśmiertelności.
I nie – bo przytaczając myśli Chrystusa, Buddy, Mahometa i wielu innych oraz przelewając na papier własne doświadczenia i spostrzeżenia dowodzi jak trudne jest to do osiągnięcia w pojedynkę. Na ponad 500 stronach rozprawia się z losem człowieka, nie przeczę – czasami jego propozycje są radykalne, ale im bliżej końca „Drogi życia” tym łatwiej się z nim można zgodzić i co ważne – mimo upływu niemal 120 lat „Droga życia” nie traci na aktualności.

Co z tym fitnessem?
Mody na bieganie, kijki, „siłkę”, terapie hormonalne, naciąganie skóry za uszy już na dobre zadomowiły w naszym kraju. Wszystko to ma służyć ciału. Ok. jestem w stanie to zrozumieć, bo istotne jest aby jak najdłużej być młodym, sprawnym i zdrowym, ale w końcu koniec będzie taki sam – ciało zamieni się w 2 kg. prochu. Autor „Wojny i Pokoju” by temu wszystkiemu przyklasnął ( no może poza naciąganiem skóry i terapiom), ale przeżywszy 82 lata był święcie przekonany i do tego namawiał czytelników – aby rozwijali ducha, który w przeciwieństwie do ciała wrasta, gdy ciało się kurczy i wiotczeje, duch się rozwija, dojrzewa, prowadzi ku…przejściu przez wąską i niską bramę śmierci - dalej ku życiu.

Podobnie sprawę widzą nam współcześni, dostrzegający, że inwestowanie tylko w ciało otwiera szeroko drzwi innym nurtom religijnym i filozoficznym, które mają wypełnić wewnętrzną pustkę Europejczyka…

”Niedoinwestowana dusza oznacza, że człowiekowi się nie chce. Jedna trzecia Amerykanów bierze środki antydepresyjne nie dlatego, że mają mało, ale dlatego, tylko dlatego, że mają zaniedbaną duszę. Syndrom dorobkiewiczów polega na tym, że pracują pięć dni w tygodniu, a w sobotę i niedzielę nie wiedzą po co żyją i tracą sens życia. To dlatego gros młodych ludzi pląta się dziś po świecie, nie wiedząc o co im chodzi – mają wszystko za wyjątkiem, że ich dusza umiera, bo nie jest karmiona. Odbieram to jako wręcz fizyczny dowód na istnienie duszy.” – ks. J. Stryczek z wywiadu dla Polska The Times 9-11.03.

I chociaż zwykle nie zgadzam się z „kapelanem bogatych” to tym razem muszę przyznać rację twórcy Szlachetnej Paczki i Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Karmienie swojej duszy, inwestowanie w jej rozwój prowadzi do jednego – do coraz głębszego poznania siebie i Boga. Proboszcz parafii do której uczęszczam od kilku już lat nie tak dawno powiedział, że niezmiernie trudno jest poznać Boga poprzez odmawianie modlitw, wyuczone rytuały i gesty., że znaczniej łatwiej jest Go poznać poprzez intelekt.
Być może niektórzy starsi uczestnicy tzw. sumy trochę się obruszyli, ale przyznaję ks. Piotrowi rację, bo nie każdy może być s. Faustyną, ale każdy z nas potrafi… czytać.

Wiara rodzi się z …
Powiecie, że ze słuchania. Owszem tak było przez co najmniej XV wieków chrześcijaństwa, gdzie słuchać mogli wszyscy, a umiejętność czytania posiadali wybrani. Sytuacja zmieniła się po wdrożeniu wynalazku Gutenberga.
Dziś, jestem o tym przekonany, wiara rodzi się z czytania. I to niekoniecznie od razu nabożnych książek. Gdybym miał się posłużyć swoją skromną osobą – spotkanie z L. Tołstojem było możliwe, bo wcześniej obejrzałem w internecie świetny serial „Wojna i Pokój” prod. BBC. Pastora D. Bonhoeffera, który również został stracony za udział w zamachu na Hitlera poznałem za sprawą wywiadu udzielonego jednej z polskich gazet przez G. Friedmana założyciela Stratfor, nazywanego „cieniem CIA”. Wiara rodzi się z poznawania świata zwierząt i owadów – weźmy bliskiego brata – delfina. Nie dość, że w wyniku ewolucji zszedł z lądu do wody, to jeszcze jego biosonar jest tak doskonały, że człowiek mimo usilnych starań nie jest w stanie go podrobić. Wiara rodzi się z czytania Biblii – zbliża się czas, gdy znów będzie można usiąść na tarasie, czy balkonie z filiżanką kawy lub kieliszkiem wina i czytać, że na początku było Słowo…

Z upływem czasu dostrzeżesz, że twoja dusza chce być karmiona cyklicznie – u mnie jest to jedna pozycja na trzy, cztery inne książki. Dużo pomagają w doborze lektur gazety głównego nurtu, a raczej ich wydania weekendowe: GW, Plus Minus, Polska The Times, DGP i oczywiście tygodnik TP.
Z upływem czasu, gdy tak będziesz inwestował w duszę zaczniesz dostrzegać, że nie ma dwóch takich samych mszy, że każdy gest, o ile czyniony jest świadomie wyraża coś ważnego.
Wspomniany przeze mnie ks. Piotr również niedawno powiedział, według mnie, najlepsze kazanie jakie usłyszałem z Jego ust na przestrzeni lat. Tym kazaniem postawił kropkę nad „i”…

„Dlaczego jesteś chrześcijaninem, dlaczego jesteś w Kościele? Zapewne odpowiesz, że aby być dobrym człowiekiem. Zapewniam cię – jest wielu dobrych, a nawet lepszych ludzi –niewierzących, niż chrześcijanie, więc to słaba odpowiedź. A więc dlaczego? Dlatego, że spotkałem Jezusa, poznałem Go po chleba łamaniu w drodze do Emaus…Odtąd już nic nie jest takie, jak było wcześniej”/ za ks. Piotrem/.

Jeśli chcesz…
W Nowym Testamencie trzy razy pojawia się przymus i zawsze dotyczy on Syna Człowieczego. Człowiek z ust Jezusa słyszy zawsze: „jeśli chcesz”. Daleko mi do egzaltacji, uniesień, szeleszczących różańców na wietrze, czerwonych płaszczy i krzyży wznoszonych na Krakowskim Przedmieściu. Jedno wiem na pewno – wiara nie jest polisą na wygodne i dostanie życie. W wierze ma być jak w tangu – ta kartka pomiędzy Nim a mną nie ma prawa upaść. Wchodząc głębiej w chrześcijaństwo już wiem, że można zabijać słowem, zdradą, niespełnioną obietnicą. Już wiem, że można kraść - fizycznie nie kradnąc, bo okradać z miłości, nadziei, wiary w człowieka. Już wiem, że jestem tylko biologią i każdego dnia istnieją trzy szanse na to, aby coś w moim ciele poszło nie tak. Już wiem, że nie będę sądzony z praktyk religijnych, ale z miłości…

Gdy J. Kuroń w rozmowie z ks. J. Zieją przyznał się, że nie bardzo mu po drodze z Kościołem, ks. Jan tak odpowiedział: „ Kto kocha, ten ma miłość, a kto ma miłość, ten ma Boga, a kto ma Boga temu religia nie jest potrzebna”.

Za chwilę Wielkanoc i poprzedzające je Triduum Paschalne – najważniejsze święta dla chrześcijan, bo jak pisał mój ulubiony apostoł narodów, że próżna byłaby nasza wiara, gdyby On nie zmartwychwstał. Ks. A. Cholewiński wskazał na pewien kłopot w polskim kościele - Zmartwychwstanie jest akcentowane jako przymiot boskości Jezusa, a nie jako dar dany człowiekowi. Porównał to do sytuacji gdy więzień, który gwałcił i zabijał dowiaduje się , że oto Jezus odsiedzi za niego wyrok, a on może wyjść na wolność. Ale to wcale nie sprawia, że ów więzień zmieni się i przestanie gwałcić i zabijać. To po zmartwychwstaniu Jezusa - to: „jeśli chcesz” nabiera mocy…

„Nie. On nie zalecał surowej ascezy, umartwienia, nienawiści do ciała i do tego, co należy do świata. Jadał zarówno z uczniami, jak z wielkimi grzesznikami, rozdzielał chleb, ryby, wino, błogosławił gościom weselnym, chwalił w swych przypowieściach ciężką pracę rolnika i robotników, popierał przezorność, uzdrawiał chorych, pozwalał oddawać cesarzowi, co cesarskie. Ale choć nie miał pogardy czy nienawiści do tego, co cielesne, sprowadzał je na właściwe miejsce: nigdy nie jest warte tego by je czcić czy kultywować dla niego samego. Jest tylko jedna rzecz godna bezwarunkowego pragnienia: to Bóg i Jego Królestwo; jest tylko jedna rzecz, która jest złem absolutnym: utrata duszy, jej nieodwracalne zepsucie.
Chrześcijaństwo traci cały swój sens historyczny, moralny i religijny w momencie, gdy zapomni się o tej najważniejszej idei: że wszystkie wartości doczesne są tylko względne i drugorzędne.”
L. Kołakowski /Jezus ośmieszony/.

*
Radosnych Świąt Wielkiej Nocy dla tych wszystkich, którzy przeczytali do końca:)