Głos wołającego na puszczy...

Głos wołającego na puszczy...

„My, katolicy, odmowę życia poczętemu dziecku uznajemy za wielkie zło. Ale przestańmy zakładać, że nienarodzone dzieci będą skutecznie ratować policjanci i prokuratorzy. To mogą zrobić tylko wolni Polacy i Polki z prawem decyzji o urodzeniu lub nieurodzeniu własnego dziecka” - A. Wielowieyski
/„Kompromis aborcyjny w Polsce: trzeba przełomu na miarę Kopernika” – artykuł ukazał się w GW 24.02/

Głos wołającego na puszczy – „czyjeś słowa, ostrzeżenia, apele pozostające bez odzewu, nie znajdujące posłuchu; słowa, apele daremne, bezskuteczne, lekceważone” – tyle słownik frazeologiczny.

A jednak nie chciałbym, aby ten głos został bez odzewu - nie tylko dlatego, że to głos Sąsiada, jak również nie tylko dlatego, że podziwiam jasność umysłu rocznika 1927 – Głównie jednak dlatego, że to głos praktyka ( ojca dzieciom) i przez wiele lat aktywnego działacza katolickiego (p. Andrzej do dziś podejmuje u siebie organizację wiosennych pikników KiK-u), katolika który dorastał w Kościele przedsoborowym, był aktywnym uczestnikiem zmian po II-gim Soborze i który doświadczył nauczania 9-ciu papieży.

W wywiadzie dla GW prowadzonym przez córkę, rok lub dwa lata wcześniej, mój (nasz) Sąsiad powiedział :
„Przed ponad 20 laty broniłem w Sejmie liberalizacji prawa antyaborcyjnego, proponując zarazem, by stworzyć system obowiązkowego poradnictwa dla kobiet, przed którymi staje problem aborcji.”

Ta idea poradnictwa powróciła również w ostatnim artykule, który ja odczytuję jako apel – katolik nie ma prawa działać tak, aby innych ludzi (często ochrzczonych w tej samej wierze) wsadzać za kraty, tylko dlatego, że społeczeństwo i państwo pozostawiło ich samych przed decyzją o przerwaniu lub kontynuacji nowego życia.

Zresztą, jeśli przeczytaliście raport z Miastka, to zapewne zauważyliście, że suweren (poza jednym wyjątkiem) miał życzenie, aby tego ( już i tak ograniczonego) kompromisu aborcyjnego nie zmieniać.
Co przecież nie oznacza, że nie należy podejmować takich kroków , które przeważą za urodzeniem dziecka. Tyle tylko, że nie ma z tym nic wspólnego ani modlitwa, ani krucjata, ani ustawa.

W gruncie rzeczy chodzi o podjęcie takich działań prawnych, aby można było uzyskać środki finansowe, którymi będzie finansowany program edukacji młodzieży, ochrony kobiet ciężarnych, rodzin ( to nawet jest – 500 plus) i co najważniejsze - rodzin (niestety, często już tylko kobiet), które zdecydują się wydać na świat niepełnosprawne dzieci.

Dlaczego wracam do tej sprawy? Bo nie uważam, że mamy pełnomocnictwo od Pana Boga w tej materii i nie znoszę, gdy ktoś na innych nakłada ciężary, których sam nosić nie ma zamiaru. Nie chcę też być sędzią w nieswojej sprawie i nie chcę, aby nam ta sprawa umknęła...

– Proszę zauważcie, jaka była sekwencja zdarzeń: Najpierw blamaż opozycji, ale głosowanie za liberalizacją ustawy antyaborcyjnej nie było zbyt fortunne i być może warto zwrócić na to uwagę obywatelom/posłom przygotowującym projekt ustawy, bo kluczem do noweli projektu ustawy (opozycja parlamentarna jest już gotowa?) powinno być to zdanie napisane przez p. A. Wielowieyskiego:

„Jedno jest raczej pewne: dopóki jedna strona sporu o aborcję będzie mówić, zwykle na próżno, o bezwzględnym szacunku dla życia i o dzieciobójstwie, a druga bezskutecznie wołać o szacunek dla praw kobiet i koncentrować się tylko na ich swobodzie, nie wytyczmy głębokiej odnowy polskiej rodziny i nie udzielimy jej większego wsparcia.”

- Potem pojawiły się migawki z kolejnej rocznicy urodzin wujka Adolfa, by zaraz jeszcze wypłynęła sprawa polityków obozu sprawującego władzę uwikłanych w reprywatyzację stołecznych nieruchomości i to wszystko zasypano nowelą ustawy o IPN. A tym czasem komisja sejmowa spokojnie pracuje nad drugim projektem pozbawiającym prawa decyzji o urodzeniu lub nieurodzeniu własnego dziecka.

Pytanie jest proste – w jaki sposób sprawić, aby zawsze była to decyzja „za życiem”?

My najczęściej chcielibyśmy załatwić trudne kwestie - albo bezkosztowo, albo jednorazową zapomogą (lub niskim zasiłkiem) lub zrywem – wszystko oczywiście w świetle jupiterów i telewizyjnych kamer. A życie to kwestia podstawowa, a jeżeli nic nie boli tak jak życie, to musi nas to - jako społeczeństwo i jako państwo - jeśli nie boleć, to kosztować.

Musi kosztować - począwszy od wczesnej edukacji seksualnej, żeby dzieciaki nie czerpały wiedzy z pornografii w sieci. Aby opuszczając szkołę podstawową wiedziały nie tylko skąd się biorą dzieci, ale jakie mogą być skutki decyzji o wczesnym podjęciu współżycia? Metody naturalnej antykoncepcji wyjaśnione teoretycznie powinny potem zostać wsparte przez państwo tak, aby młoda kobieta, która ma uregulowane cykle, mogła już aparatów typu Bioself czy Persona używać i prowadzić obserwację ciała zdecydowanie wcześniej, niż podejmie decyzję o współżyciu.

Do antykoncepcji państwo (przecież świeckie) winno podchodzić bez uprzedzeń, a ona sama powinna w zasięgu ręki. Ale też każdy uczeń szkoły średniej musi wiedzieć co to są środki wczesnoporonne i jakie skutki etyczne kryją się za decyzją o ich stosowaniu. Jak działa pigułka, a jak spirala?

Z całym szacunkiem dla metod naturalnych – wymagają cierpliwości, systematyczności i badań 7 dni w tygodniu o stałej porze. A tej systematyczności i cierpliwości brakuje młodym ludziom. A warto tu jeszcze wspomnieć, że aby korzystać z tej formy regulacji poczęć trzeba mieć w sobie podwaliny etyczne, a jak wiemy nauczanie religii w szkole nie przekłada się na powszechną bytność młodzieży w kościołach.

Za kapitalizm trzeba zapłacić cenę i to coraz wyższą – nietrwałość związków wiąże się z wychowywaniem w niepełnych rodzinach, bywa też, że w rodzinach naznaczonych przemocą. Dodając do tego rosnące nierówności majątkowe otrzymujemy w rezultacie wzrost małoletnich ciąż. I tu też potrzebna jest aktywna pomoc państwa dla niepełnoletnich matek, które są wyrzucane z domów, albo stawiane przed wyborem – albo ja, albo dzieciak.

W związku z przesuwaniem się wieku wchodzenia w dorosłe życie zawodowe i społeczne, opóźnia się również moment podejmowania decyzji o zajściu w pierwszą ciążę, gdzie każdy rok powyżej 30 roku życia potencjalnej matki (biologia nie czeka) może mieć ujemny wpływ na zdrowie i kondycję dziecka (a przecież zanieczyszczenie środowiska też robi swoje). Stąd badania prenatalne powinny być również łatwo dostępne dla kobiety, która chce je wykonać - tylko tu też należy przedstawić możliwe dla płodu skutki uboczne takiego badania.

Wreszcie na etapie ciąży powinny działać poradnie – obowiązkowe dla wszystkich kobiet, które usłyszały diagnozę, że z ciążą nie wszystko jest lub może być ok. Poradnie dające wsparcie medyczne i psychologiczne, tak aby w czasie - jeszcze możliwym - kobieta sama zdecydowała, co dalej z ciążą?

Za tym musi iść opieka finansowa, rehabilitacyjna, opiekuńcza i wypoczynkowa (rodzice na koszt państwa powinni mieć zapewniony tygodniowy urlop, w trakcie którego możliwy jest „reset” opiekunów). Opiekunka finansowana przez państwo mogłaby pozwolić rodzicom na np. wyjście dwa razy w miesiącu do „miasta”, itp., itd.

Powyższy zakres musi trwać przez cały okres życia dziecka niepełnosprawnego – tylko takie podejście do sprawy może przyczynić się do wyboru „życia”. Rodzice muszą mieć również pewność, że dzieckiem zaopiekuje się państwo, gdyby oni się poddali i stwierdzili, że ta niepełnosprawność demoluje ich związek i opieka nad chorym dzieckiem jest ponad ich siły…

„Obrońcy życia wołają o szacunek dla życia dzieci, którym grozi niepełnosprawność, ale na ogół milczą wobec dramatu, w jakim w przypadku poważnej niepełnosprawności dziecka jest życie jego i całej rodziny” /A.W. w ww. artykule/

Czy jesteśmy gotowi na tak zaproponowany program jako społeczeństwo, chrześcijanie i katolicy?
- …Szczerze wątpię, bo czujemy podskórnie, że to musi nas uderzyć po kieszeni, bo skądś pieniądze na to muszą się znaleźć.

Już widzę aprobatę społeczną dla zmian podatkowych:
- wyższe podatki dla tych, co dzieci nie mają ( nazywajcie to jak chcecie – bykowe, jałówkowe)
- koniec z podatkiem liniowym dla przedsiębiorców ( wszak to ostatni zainteresowani w RP, aby pracownice rodziły dzieci)
- rzetelne podatki dla kleru i rolników
- obniżone emerytury dla uprzywilejowanych ( sędziowie, prokuratorzy, wojsko i policja)
- redukcja Sejmu i Senatu o 50 %
- koniec z kroplówkami finansowymi dla niewydolnych branż przemysłu.

To się nie uda, a dlaczego?
Bo ww. propozycje mają już dziś uratować żywych , czyli nas - ZUS w 2026 ma nie być zdolny do wypłaty emerytur ( a te listy o naszych emeryturach będziemy mogli sprzedawać na Allegro zainteresowanym zbieraczom). Starzejemy się i za chwilę będziemy wymagali wcale nie mniejszej opieki od chorych dzieciaków, a naszych emerytur ( badania OECD) będą nam mogli pozazdrościć już tylko mieszkańcy Meksyku (tylko tam mają być jeszcze niższe).

Największym zaskoczeniem okazała się demografia. Kiedyś wystarczyło dzieci urodzić, część z nich przeżywała, część umierała, a jak „Bóg dał dziecko, to i da na dziecko”.
Dziś przeżywają prawie wszystkie, za to znacznie trudniej je wychować. Do czego doprowadzi nas model rodziny 2+1? Będzie bardzo korzystny finansowo ( zauważył to T. Pikkety w swoim Kapitale XXI wieku) – majątek nie będzie dzielony, ale też jedynak będzie musiał zająć się swoimi rodzicami i rodzicami swoich rodziców tj. dziadkami – wówczas uzyskamy model 6+1.

„Dzisiaj kobiety, jako wybitni fachowcy, zaangażowani w pracy i w życiu społecznym, czy jako matki z biednych rodzin nieumiejących wiązać końca z końcem, z dobrymi, solidarnymi mężami czy też nieodpowiedzialnymi partnerami – w większości chcą i powinny mieć prawo do decydowania o swoim macierzyństwie.”
(…)
„Przed nami chrześcijanami to nowe, trudne wyzwanie w obronie życia, ale możemy je skutecznie podjąć, szanując prawa kobiet do decydowania o własnym losie, bez tego z połową polskich kobiet dialogu nie będzie” A.W.

Stąd, jeżeli nie mamy nic do zaproponowania poza strachem i karą, to sorry - nie bawmy się w Pana Boga, bo wszyscy, którzy podejmują decyzję „za życiem” w przypadku niepełnosprawnego dziecka ( które kiedyś stanie się dorosłym dzieckiem), płacą przez całe życie samotnym zmaganiem się z bezdusznym aparatem państwa i nieczułym społeczeństwem.